
Zachęcamy do wysłuchania okolicznościowego wywiadu z s. Marią Rafaelą:
Trudna droga ze Lwowa do Kłodzka (Historia bliska mieszkańcom)
Po II Wojnie Światowej tysiące Lwowian, w tym inteligencja, naukowcy i artyści, zostało zmuszonych do porzucenia domów i przesiedlenia się w nowe granice Polski (głównie na Ziemie Odzyskane, np. do Wrocławia czy Gdańska). Podobny los spotkał osoby również duchowne w tym nasze siostry – ówczesne Franciszkanki Najświętszego Sakramentu, które w roku 1946 dotarły do Kłodzka.

Zdj. Potężny kompleks: Klasztor i kościół lwowski podczas budowy
Pierwsze siostry wyruszyły na zachód już 5 maja 1944 roku. Przełożona lwowskiej wspólnoty – Matka Izabela Markiewicz w „Kronice Podchełmia” napisała : „ Od 3 miesięcy jesteśmy poza klasztorem wraz z pięcioma siostrami.: S. M. Salomeą, s. M. Anną, s. M. Agnieszką rodzoną siostrą ks. Dr. Ignacego Dziedziaka, S.M. Władysławą i s. M. Celiną, młodą Siostrą. Gościnę nam dał ks. Dr Ignacy Dziedziak w Podchełmiu – Biała Wyżna, pow. Grybów, woj. Tarnowskie. Stała się rzecz niebywała, że zakonnice ścisłej klauzury musiały opuścić klasztor, aby szukać punktu oparcia dla swego Zgromadzenia w razie przymusowej ewakuacji Lwowa, o czym poważnie mówiono w kołach wojskowych Niemieckich, gdyż bolszewicy w poważnej sile przeszli nasze granice i po zaciętych walkach w Tarnopolu i okolicach zbliżali się do Lwowa” .

Kontynuując wspomnienia: „Jaką walkę wewnętrzną przejść trzeba było co zrobić, kogo wysłać, jakie Siostry zostawić, aby służbę Bożą i adorację utrzymać, póki będzie można i cały klasztor nie zostawić na rabunek, bo w razie ostatecznej ewakuacji wolno każdej siostrze wziąć 25 kg. Na wieś nie można się było usunąć, bo stamtąd wszyscy uciekali z powodu napadów ukraińskich”.

Wspólnota lwowska z przełożoną M. M. Izabelą Markiewicz
Z Podchełmia wspominana grupka sióstr wyjechała pod koniec października 1945 do klasztoru Franciszkanek NS w Kętach, gdzie zatrzymały się do maja 1946 r. Już od stycznia tegoż roku z Kęt zostały wysłane na Zachód Polski przez Matkę Marię Izabelę na poszukiwanie miejsca na nowy klasztor trzy Siostry : S.M. Gerarda, s. M. Benedykta i s.M. Salomea. Po długich poszukiwaniach, znalazły opuszczony klasztor w Kłodzku i podjęły o niego starania. W czasie wojny w klasztorze były biura niemieckie. Siostry zastały obiekt już pusty. Dnia 13 maja grupka Sióstr pod przewodnictwem swej przełożonej Matki M. Izabeli wyruszyła z Kęt do Kłodzka. Dotarły do Kłodzka w czwartek 16 maja (1946 r) umęczone, „bo wagon ciężarowy stawał zawsze daleko za dworcem i nie można było dostać nawet wody na herbatę”. … Nowy klasztor, choć ubogi i w wielkim nieporządku zrobił na siostrach dosyć miłe wrażenie.

Pozostałe siostry przybyły ze Lwowa na czele z wikarią Matką Marią Antoniną Pade’ do Kłodzka w środę 22 maja w 1946 roku około jedenastej w nocy, po ośmiu dniach drogi „końskimi wagonami”. Zrujnowany budynek kłodzkiego konwentu musiał pomieścić 29 sióstr … Z powodu liczebności zgromadzenia, trudnych warunków w „odgruzowywanym” klasztorze w Kłodzku, a zarazem niewielkiej ilości pomieszczeń możliwych do zamieszkania Biskup Eugeniusz Baziak zalecił, by wspólnotę podzielić na dwa domy. W Kronice klasztoru kłodzkiego czytamy: „sierpnia 24 powstaje nowa fundacja w Ząbkowicach, gdzie pojechało 11 sióstr z nową przełożoną M. Marią Antoniną Pade’ ”.
Jak wyglądały pierwsze dni sióstr w zniszczonym, powojennym Kłodzku po opuszczeniu ukochanego Lwowa?
Pierwsze wcześniej wspomniane Franciszkanki N.S. dotarły tu jeszcze przed Wielkanocą czyli przed 21kwietnia 1946 r. Ich zadaniem było już tu na miejscu prowadzić dalsze starania o dom i przygotowywać go na przyjęcie całej wspólnoty . Choć klasztor był pięknie usytuowany i przypadł im do serca .. to jednak wewnątrz… „Ale pożal się Boże! co za okropny widok wewnątrz! : brudy, śmiecie, szczury, myszy aż strach bierze. Trzeba było trochę oczyścić posprzątać, nie ma co lamencić, okna pobite, drzwi i zamki powyrywane, zakasujemy rękawy i zabieramy się do roboty.”

Klasztor kłodzki; stan z ok. 1949 roku
Z chwilą przybycia do klasztoru siostry rozpoczęły porządkowanie budynku i całego terenu by można było zainicjować adorację Najśw. Sakramentu, którą początkowo odbywała się w zakrystii… Pan Jezus , z pięknego kościoła gotyckiego ze wspaniałego Tronu alabastrowego we Lwowie – zstąpił w te ubogie pomieszczenie jak do groty Betlejemskiej. Nasza kronikarka zapisała, że dzięki pomocy okolicznych mieszkańców i wojska zdemontowano empory po protestanckie w kościele. W 1947 roku nastąpiło poświęcenie kościoła i nadanie mu tytułu „Chrystusa Króla” . Podczas tej uroczystości kaznodzieja rozpoznając wśród wiernych przybyłych repatriantów Lwowiaków zaczął od słów: „Czy ja śnię, czy jestem we Lwowie? … na co ludzie odpowiedzieli głośnym szlochem – w większości byli to właśnie lwowianie, którzy dotarli do Kłodzka jak nasze siostry … wspólna niedola połączyła wszystkich.
Po przybyciu do Kłodzka Siostry jakiś czas prowadziły kuchnię „Caritas”. Podbiły tym serca mieszkających wokół dopiero co przybyłych tu, nie z wolnej woli, wygnańców. Wydaje się, że również zjednały sobie zdumiewającą w tamtych warunkach pomoc i szacunek ówczesnych władz.
Klasztor przy ul. Łukasińskiego ma przebogatą historię (od bernardynów po pruskie magazyny). W jakim stanie siostry zastały ten obiekt 80 lat temu i jak ciężką pracą przywrócono mu blask?
Protokół zdawczo- odbiorczy wymienia następujące obiekty, które przejęły ówczesne Franciszkanki NS: Kościół – murowany z kamienia łamanego, o konstrukcji więźby dachowej drewnianej kryty dachówką , posiadający instalację elektryczną czynną, ogrzewanie gazowe zniszczone i nie użytkowane, o podłodze betonowej; wnętrze kościoła zostało odnowione przez pomalowanie ścian i sklepienia, wstawiono 7 nowych ram okiennych i postawiono jeden piec kaflowy; w kościele były organy elektryczne małe częściowo uszkodzone; przydatność kościoła oceniono na 75%.

Klasztor – jedno piętrowy budowany w 1475 r. z kamienia łamanego , częściowo podpiwniczony , posiadający instalację elektryczną i kanalizacyjno – wodociągową, ogrzewanie piecowe. Na parterze podłogi betonowe, w pokojach drewniana , na piętrze całość podług drewniana, schody w obu klatkach schodowych drewniane, więźba dachowa drewniana kryta dachówką . Wnętrze klasztoru zostało odnowione przez pomalowanie ścian, postawiono 8 szt. pieców kaflowych. Instalacja elektryczna i wodociągowo-kanalizacyjna zniszczone w czasie działań wojennych w 40 % – obecnie naprawiona (1948) czynna. Wstawiono 70 % brakujących szyb . Budynek kościoła i klasztoru z chwilą objęcia przez siostry został zabezpieczony przed zniszczeniem przez naprawę dachu i założenie brakujących rynien – przydatność do użytku oceniono na 70 % … do klasztoru przylegały ogród, sad owocowy, ogród warzywny i cmentarz. Całość otoczona ogrodzeniem murowanym i murem oporowym.
W roku 1948 kontynuowano prace malarskie w kościele w nawach bocznych (zakład malarski Ignacego Świerguły z Kłodzka , ul. Grunwaldzka) , dalsze prace malarskie przeprowadzono w latach 60 (zakład Remontowo-Budowlany Malarsko -Dekoracyjny Józef Stawowy Kłodzko, ul. Łukasińskiego i 80, w latach 70 wykonano instalację centralnego ogrzewania i położono posadzkę granitową w Kościele . W roku 1992 Wspólnota kłodzka świętowała konsekrowanie nowego ołtarza głównego – Tronu Eucharystycznego . W klasztorze również wykonywano remonty : generalny miał miejsce w roku 1995-8 ; w latach 2009-10 przeprowadzono w dwóch etapach wymianę okien w klasztorze (– ogromna inwestycja) , zainstalowano system PPoż. W roku 2015 rozpoczęła się nasza przygoda z odkrywaniem i konserwacją fresków w naszym kościele.
W klasztorze i kościele przeprowadzano wiele napraw, a trzeba sobie uświadomić, że wspólnota nasza nie miała i nie ma stałych znaczących dochodów. Utrzymujemy się dzięki Bożej Opatrzności troszczącej się o nas przez dobrych ludzi.

Wspólne rany: Pożar i wielkie powodzie
Mieszkańcy Kłodzka silnie jednoczą się w obliczu kryzysów. Klasztor i kościół św. Jerzego i św. Wojciecha również doświadczały trudnych chwil, w tym dramatycznego pożaru w Wielkanoc 2023 roku oraz wielkich powodzi, które regularnie dotykają miasto (w tym katastrofalnej powodzi z września 2024 roku).
To wydarzenie było trudnym doświadczeniem dla naszej wspólnoty zakonnej. Był to czas Święta Zmartwychwstania Pańskiego, a więc klimat radości, wspólnego świętowania, odpoczynku po przygotowaniach Triduum Paschalnego i czas osobistej modlitwy i lektury.
Pożar wybuchł w czasie naszej wspólnej modlitwy. Sygnalizacja pożarowa bardzo szybko zadziałała. Należało sprawdzić lokalizację i potwierdzić, że to jest mylny alarm, czy też niestety fakt. Stąd na początku dwie siostry wyszły z modlitwy do tablicy sygnalizacji pożarowej, a my kontynuowałyśmy modlitwy. Alarm nie ustawał i następne siostry wychodziły dla sprawdzenia sytuacji. Dzięki temu, że wcześniej miałyśmy szkolenie przeciw pożarowe, siostry od razu mimo szoku na widok ognia i zadymienia wezwały pomocy i rozpoczęły akcję gaśniczą. Po bardzo szybkim przybyciu Straży Pożarnej poddałyśmy się Ich poleceniom. W tym szoku poczułyśmy się o tyle bezpiecznie, że ogień nie rozprzestrzeniał się dalej, a Strażacy w sprawnej i zdyscyplinowanej akcji ratowniczej profesjonalnie wyciszali ogień i ratowali to, co można było ocalić.
W takim właśnie czasie doświadczyłyśmy naszej niemocy, a w niej wielkiej życzliwości i ludzkiej bezinteresownej pomocy.
Już w czasie akcji ratowniczej otrzymywałyśmy sms-y i zapewnienia o gotowości do natychmiastowej pomocy. Z wielką troską pytano nas o naszą sytuację, o to, co w tej chwili potrzebujemy i jak mogą nam pomóc? Nie ukrywam, że te reakcje ludzi były dla nas balsamem i otuchą i dały nam ogromne wsparcie. Świadomość, że ktoś o nas myśli i wyciąga rękę, była bezcenna. Czułyśmy, że nie jesteśmy same, że byłyśmy dla Nich ważne. Ta troska przełożyła się realnie na kolejne tygodnie pomocy. Nadchodziły do nas zapewnienia o modlitwie w naszych intencjach, trwała pomoc w czyszczeniu okopconych ścian na całej kondygnacji oraz uciążliwa praca przy porządkowaniu pomieszczenia w którym był pożar. Tam przedłużała się praca, bo z każdym dniem zaskakiwały nas niespodzianki. Sparzony tynk częściowo odpadał, a pozostały należało usuwać. Odsłonięte ściany pokazały nam następne niespodzianki w postaci popękanych ścian, które należało scalać. Pracy i wydatków było dużo. Opatrzność Boża czuwała nad nami.
Z inicjatywy Przyjaciół wspólnoty od początku trwała zbiórka pieniężna na remont pomieszczenia, w którym doszło do pożaru. Od strony finansowej również nie pozostałyśmy same. Te wszystkie gesty pomocy pozostały w naszej wdzięcznej pamięci oraz na modlitwie przed Panem.
Kłodzko wielokrotnie stawiało czoła niszczycielskiemu żywiołowi wody. Jak wyglądały chwile grozy z perspektywy klasztornych murów podczas wielkich powodzi, w tym tej najświeższej z 2024 roku?
W czasie powodzi w 1997r. woda zabrała nam fragment muru od strony rzeki.
W roku 2024 bezpośrednio klasztor i ogród nie ucierpiał. Natomiast nasi sąsiedzi, mieszkający po niżej nas, przy rzece dotkliwie odczuli wtargnięcie wody do swoich mieszkań. Z naszego ogrodu widziałyśmy rwącą falę, która ogromną siłą wyrządzała wiele szkód.
Zakon klauzurowy nie może opuścić murów, by fizycznie pomagać na zalanych ulicach. Jak w tamtych dramatycznych dniach wyglądała Wasza walka o miasto i jego mieszkańców poprzez modlitwę?
Wiedziałyśmy, że każda chwila się liczy i oprócz modlitwy powinnyśmy w miarę możliwości pomóc. Pytałyśmy się i w odpowiedzi proszono o worki z piachem. Na szczęście miałyśmy zgromadzony piach na remont. W jednym momencie znalazłyśmy się na podwórzu i z pomocą sąsiadów, przygotowywałyśmy worki, które były przewożone i układane wzdłuż kanału w mieście, by woda nie podchodziła do Domu Dziecka. Przyjęłyśmy do domu naszych sąsiadów powodzian. W następnych dniach Gwardian klasztoru Ojców Franciszkanów poprosił nas o przyjęcie darów, które były przywożone na potrzeby klasztoru i powodzian. Ojcowie nie mieli możliwości i warunków do tego. Nie miałyśmy wątpliwości co do pomocy. To był czas wyjątkowy. W kaplicy trwała nieustanna adoracja Najświętszego Sakramentu. Część Sióstr, poza wspólnymi modlitwami, które tylko mogły pomagały w przygotowywaniu gorących posiłków dla powodzian i wolontariuszy, inne w segregowaniu darów, pakowaniu i przygotowywaniu do podania dla potrzebujących. Nasz korytarz po zewnętrznej stronie klasztoru zamienił się w punkt zaopatrzenia powodzian. Po kilku dniach dowieziono figury z kościoła Ojców , które miały się osuszać. Oczywiście następne transporty w dalszym ciągu dochodziły, które trzeba było rozładować, sortować i podawać. Z pomocą przyszli woluntariusze. Dla wszystkich była praca. Z naszej strony dwie siostry z klauzury odpowiadały za kontakt z powodzianami i koordynację tej pomocy.
Początkowo nasza służba powodzianom trwała od godz. 8.00 do 22.00. Klasztor zamykałyśmy później. Dużo woluntariuszy, przychodziło do nas wykąpać się. Ponieważ miałyśmy w tym czasie awarię hydrauliczną, więc w użyciu były tylko dwie łazienki. Stąd kolejki do pryszniców się wydłużały. Przy gorącej herbacie opowiadali o przeżytym dniu. Pytali o nasze życie w klauzurze, o nasze powołanie. Zawierzali naszym modlitwom swoje intencje i rodziny.
Gdy na korytarzu robiło się coraz spokojniej, zdecydowałyśmy się wyznaczyć godziny otwarcia punktu rozdawania darów z przerwami na posiłki woluntariuszy, na chwile wypoczynku. Siostry uzupełniały swoje modlitwy.
Byłam jedną z sióstr, które posługiwały na korytarzu. Był to dla mnie ważny czas, bardzo ubogacający duchowo. Spotkałam się z ludźmi, którzy często utracili prawie wszystko, którzy próbowali przetrwać pod cudzym dachem i czekali na lepsze jutro, by zaczynać po raz kolejny od początku. Spotykałam się z pytaniem, o sens życia, skąd czerpać nadzieję. Niektórzy po prostu z braku sił płakali. W trakcie pomocy powodzianom zrodziła się wzajemna relacja i atmosfera zaufania. Opowiadali nam o swoich rodzinach i problemach. Z czasem odwiedzając nas mówili o swoich remontach, o aktualnej sytuacji i małych sukcesach. Tymi sprawami dzieliłyśmy się z naszą wspólnotą zakonną, która włączała je do codziennych modlitw.
Przy naszym klasztorze były podawane termosy z gorącym posiłkiem, które przygotowywano w różnych kuchniach: min. u Księży Pallotynów w Ząbkowicach Śl., u naszych Sióstr w Ząbkowicach Śl., przywożono z Dusznik Zdrój, a następnie dostarczane przez indywidualnych woluntariuszy i Szlachetną Paczkę do odległych miejscowości.
Bardzo dużo osób o wrażliwym sercu, organizacji kościelnych i pozakościelnych włączyło się do pomocy powodzianom. Na naszych terenach działająca Caritas diecezji Świdnickiej sprawnie zaradzała potrzebom powodzian. Wkrótce po powodzi Caritas Archidiecezji Krakowskiej nawiązała z nami kontakt, aby jeszcze bardziej wesprzeć poszkodowanych. Rozpoczęła się nowa forma pomocy, która trwała przez dwa lata. Ogarniała ona zapotrzebowanie na żywność, odzież, niezbędne artykuły gospodarstwa domowego i remonty. Aby ta pomoc przebiegała sprawnie, zaprosiłyśmy do tej współpracy sprawdzone i rzetelne osoby, które podjęły się konkretnych zadań. Ile dobra podziało się na tym etapie pomocy chyba najbardziej mogą zaświadczyć sami powodzianie.
Słowa wdzięczności kierowane do Caritas Arch. Krakowskiej na ręce Dyrektora ks. Łukasza Ślusarczyka w imieniu powodzian i wolontariuszek są tylko cichym echem ogromu wdzięczności, jakie nosimy w sercach za Waszą pomoc, życzliwość i wsparcie. Również tą drogą pragnę podziękować Wolontariuszkom, które mimo obowiązków rodzinnych i zawodowych potrafiły niezawodnie stanąć na wysokości podjętej służby. Ich empatia, kultura i praktyczność w działaniu owocowała szybką i skuteczną pomocą. Dzięki Ich zaangażowaniu mogłyśmy bardziej wycofać się z kontaktów i służyć w ukryciu
Dla przechodnia mijającego klasztor to miejsce pełne tajemnic. Warto przybliżyć mieszkańcom, jak to życie wygląda od środka.
Patrząc z zewnątrz na klasztor klauzurowy, można mieć wrażenie, że to niezdobyta twierdza, więzienie i miejsca smutku. Tak właściwie wydaje się mieszkaniem zawiedzionych miłości i nieszczęśliwych kobiet, które nie mają planu na życie i zamykają się w swoim cierpieniu. Spotykamy się z takimi teoriami na temat naszego życia. To jednak mija się z prawdą i jest bardzo dalekie od rzeczywistości.
Kraty w rozmownicy, przez które spotykamy się z naszymi gośćmi, są dla nas mniszek w pewnym sensie okularami, dającymi spojrzenie z innego punktu widzenia.
Najpierw powiedzmy sobie co oznacza nasz styl życia: „Życie w klasztorze klauzurowym to forma oparta na odcięciu od świata zewnętrznego, skupienie na modlitwie kontemplacyjnej w zamkniętej przestrzeni zwanej klauzurą”. Do tej formuły dodajmy w naszym przypadku nieustanną adorację Najświętszego Sakramentu.
Odpowiadając Panu Bogu na Jego powołanie, otworzyłyśmy się na działanie Jego łaski, przyjęłyśmy taki sposób życia, który kształtuje i formuje nasze myślenie i pojęcie życia.

Nawiązując do tego, o czym mówiłam, pragnę podkreślić, że przeżywając życie w bliskości z Bogiem, postrzegamy drugiego człowieka i otaczający świat w zupełnie inny sposób. Ten dystans jest nam potrzebny, zresztą, wszyscy potrzebujemy samotności i ciszy do refleksji i podjęcia dobrych decyzji.
Stąd właśnie wśród ludzi świeckich jest taka potrzeba dystansu do spraw i doświadczenia pustelni lub dni skupienia przy klasztorach klauzurowych.
W świetle tego, co wcześniej powiedziałam, mogę teraz w skrócie opisać naszą codzienność. Centrum naszego życia jest Eucharystia. Wokół niej skupia się całe nasze życie. Lubię porównanie naszego bytu do codzienności Świętej Rodziny z Nazaretu. Przeżywanie zwyczajności w świetle wiary i trwanie w obecności Boga. Rytm dnia wyznacza nam dzwonek porządkujący czas na modlitwę i pracę. Ten rytm daje nam dużo wolności i pomaga zachować skupienie. Złotymi godzinami na zegarze dnia jest Msza Święta i adoracja, którą przeżywamy w duchu dziękczynienia za dar Eucharystii. Mamy dużo środków do rozwoju naszej modlitwy. Są nimi czytanie duchowe, wykłady, dzielenie się Słowem Bożym, kierownictwo duchowe, a przede wszystkim korzystanie z Sakramentu Pokuty. Dla zdrowia i dobrej kondycji wskazany jest w naszym życiu ruch i praca w ogrodzie, której nam nie brakuje. Oczywiście ważny jest również wypoczynek, o który powinnyśmy zadbać. Nasze czuwanie przed Panem odbywa się również w nocy. Zmieniamy się co dwie godziny. Zatem ten rytm wytwarza pewną harmonię, która pomaga nam świadomie trwać przed Bogiem i w stanie gotowości do modlitwy za ludzi.
Codziennie napływają do nas drogą mailową, telefoniczną i na kartkach podawanych na furcie prośby o modlitwę. Staramy się te wszystkie prośby wymieniać w czasie modlitwy. Również pod koniec każdego miesiąca jest odprawiana Msza Św. w tych intencjach. W miarę możliwości odpisujemy proszącym o modlitwę. Prośby są bardzo różne.

Najczęściej jest to prośba do Boga o łaskę zdrowia, o dobre wyniki badań, o łaskę wiary dla dzieci, powrót do wiary, za uzależnionych o wyrwanie z nałogów, o pokój dla świata, za naszą Ojczyznę. Są również podziękowania Bogu za otrzymane łaski przez ludzi, których polecamy w modlitwie. W codziennych intencjach polecamy Nasze Miasto Kłodzko i jego pomyślność. Czujemy się bardzo mocno siostrami mieszkańców Kłodzka. Ich sprawy, sukcesy i niepokoje są również naszymi. Od 80 lat obecności siostry darzone były zaufaniem i życzliwością, na które zawsze odpowiadały modlitwą i wzajemnym dobrem.
Od blisko dekady w kościele przy klasztorze trwają prace nad odsłanianiem wspaniałych, zapomnianych barokowych fresków Karola Dankwarta. Jak to jest żyć i modlić się w miejscu, które na nowo odkrywa przed Kłodzkiem swoje bezcenne skarby narodowej kultury?
Cieszymy się, rozpoczętymi pracami nad przywracaniem świetności tego kościoła. Pragniemy, by nasza świątynia, jako budynek była godna obecności Boga, by wydobywane piękno fresków, ich treść zbliżała modlących się do Twórcy piękna. Fundatorom tych dzieł z pewnością przyświecała jakaś intencja; my kontynuujemy ich zamierzenia. Jeszcze dużo pracy pozostało do wykonania. Główną przyczyną przerwy jest brak funduszy. Modlimy się do Opatrzności Bożej przez wstawiennictwo św. Antoniego, patrona kaplicy, w której odsłonięto freski, o odpowiedni czas i fundusze do dalszej pracy. Dziękujemy z całego serca naszym Dobroczyńcom, których pomoc pozwala nie tylko przywracać dawny blask pięknych fresków, ale także trwale je chronić dla przyszłych pokoleń.